19/02/2008 - Aktualizacja
Witam serdecznie wszystkich miłośników żeglarstwa, podróży i pięknych jachtów żaglowych.
Jeśli już tu trafiliście to prawdopodobnie macie podobne zainteresowania do moich, czyli żeglowanie, a jak żeglowanie to i wszystko co z tym związane.
Ale jeśli jesteś tu przypadkiem i czytasz to nadal , to może też Ci się spodoba :)
Stronę tą stworzyłem ponad trzy miesiące temu, motorem był znajomy , który zadał mi pytanie "co to jest, to żeglowanie , o czym ja w sumie tyle mówię ?" . Początkowo miał być blog , chciałem w nim opisać i pokazać o czym marzę i do czego dążę, a także opisać moje dotychczasowe doświadczenia żeglarskie .Z racji tego że, jak na razie doświadczeń osobistych jest mało, blog przybrał formę stronki o tematach żeglarskich. Staram się tu opisywać znane imprezy żeglarskie , na bieżąco umieszczać informacje z żeglarskiego świata i prezentować fajne jachty i ich zdjęcia.Jeśli wierzyć licznikowi odwiedzin strony , to mogę się pochwalić , że podczas tych trzech miesięcy było ponad 30tyś wejść na stronę, znaczy to że ktoś tu zagląda i jak widać na mapce odwiedzin są to wejścia z całego świata, umacnia mnie to w tym, żeby pisać nadal :) . Więc zapraszam Was do częstych odwiedzin mojej strony , a zawsze powinno być tu coś nowego , co liczę że Was zainteresuje.Na pasku bocznym umieściłem "Księgę Gości" i jak na razie większość tam tylko zagląda , a ja bym chciał żebyście tam zostawili ślad po sobie , wpiszcie się pokażcie ilu fanów żeglarstwa jest i napiszcie swoje opinie - tylko z wyrozumiałością :). A jeśli chcielibyście się podzielić opisami ciekawych żeglarsko miejsc to napiszcie , a ja to tutaj zamieszczę i może w ten sposób powstanie nowy ciekawy wątek "Miejsca gdzie warto popłynąć"

A tak wyglądał pierwszy mój wpis :

Zdjęcie pochodzi ze strony www.Blue-sails.com
Witam wszystkich na moim pierwszym blogu

Tak w skrócie to z zamiłowania jestem żeglarzem i moim marzeniem jest zwiedzić i opłynąć świat :) Takie sobie proste marzenie co ?, ale na pewno wykonalne!!!
Zobaczymy , życie pokaże ile z tego co zakładam osiągnę :)
Na zdjęciu powyżej dokładnie to o czym myślę:) kiedyś coś takiego podobnego będę miał ! tylko nie będzie to ta bandera co na zdjęciu:)
Jak już wspomniałem to mój pierwszy blog więc proszę o wyrozumiałość!
Będę starał sie umieszczać tutaj różne fajne rzeczy związane z żeglarstwem i podróżami, a także przedstawić jaką mam własną koncepcje na zwiedzenie świata :)
Jeśli zdecydujecie się Państwo przeczytać to co tutaj piszę, to proponuję czytanie zacząć od najstarszych postów.

13 sierpień 2008

Cykl - Miejsca gdzie warto popłynąć - Kanary 2008

W odpowiedzi na moją propozycję zamieszczenia na tej stronie, opisów z ciekawych wypraw żeglarskich - cykl "Miejsc gdzie warto popłynąć" , zgłosiła się Agnieszka, i nadesłała relację z rejsu po Kanarach .

Dzień 1


Wyprawa na Wyspy Kanaryjskie chodziła mi po głowie od jakiegoś czasu – no i udało się w kwietniu tego roku. Rejs miał się rozpocząć 8.04 o 17.00 – więc postanowiliśmy przylecieć dzień wcześniej i pozwiedzać Santa Cruz de Tenerife naczytawszy się uprzednio w przewodnikach co zobaczyć warto. Lot z Madrytu niestety opóźnił się ze względu na złe warunki pogodowe, więc w hotelu byliśmy ok. północy 07.04 ale oczywiście ruszyliśmy jeszcze dzielnie w miasto na piwko.
Rano – pierwsze zaskoczenie godz. 7.00 – a tu jeszcze półmrok. Godzinę później, po dużej kawie, ruszyliśmy zwiedzać. Co warto zobaczyć ? – Plaza Espania (centralny punkt miasta), targ, Calle Castillo (główną ulicę handlową) Iglesia de Nuestra Senora de la Concepcion – najstarszy kościół miasta. W jednej z licznych restauracji zjedliśmy obiad, oczywiście będąc tutaj nie można sobie odmówić świeżych ryb i owoców morza więc skusiliśmy się na ośmiornice i tuńczyka – palce lizać.

Po całym dniu zwiedzania pojechaliśmy autobusem na południowy kraniec wyspy do mariny San Miguel gdzie czekał na nas jacht ze skiperem i jeszcze jeden załogant. Mieliśmy więc Bavarię 44 i 4 osoby na pokładzie. Szybko zapoznaliśmy się z jachtem, zrobiliśmy małe zakupy i wyruszyliśmy w drogę. Plan mieliśmy taki, aby popłynąć w stronę Gran Canarii opłynąć ją od strony południowej i dalej wzdłuż wschodniego wybrzeża dotrzeć do Las Palmas (ok. 90 Mm). Ze względu na braki kadrowe ustaliliśmy wachty 2 osobowe, 6- cio godzinne. Kierunek wiatru nam sprzyjał, siła też ( tak naprawdę, między wyspami stan morza utrzymuje się stale między 6 a 8 B, więc warunki do żeglowania są naprawdę dobre) i tak rozpoczęliśmy pierwsze nocne pływanie. Spodziewałam się, że temperatura będzie dużo niższa, ale było ciepło, wystarczyło mieć na sobie bieliznę termiczną i sztormiak i już można było podziwiać rozgwieżdżone niebo.


Dzień 2

Drugiego dnia ok. 14.00 dotarliśmy do Las Palmas de Gran Canaria i od razu dowiedzieliśmy się czym jest sjesta. Po 20 godzinach żeglowania o niczym innym nie marzyliśmy jak tylko o tym żeby wziąć ciepły prysznic i zmyć z siebie wszechobecną sól. Bosman przywitał nas uśmiechem, poprosił, żebyśmy się zacumowali obok biura, po czym oświadczył, że jest 14.00 i zaczęła się sjesta, biuro będzie znowu czynne o 16.00 i wtedy nam wskaże miejsce przy pirsie, przyjmie opłatę i da kluczyki do łazienek. Najgorsze było to że odwrócił się na pięcie i gdzie poszedł?? – do biura które skrzętnie zamknął od środka i zaczął konsumować kanapki. Panowie mieli szczęście - łazienka męska była otwarta – ja czekałam do 16.00 L.

O godzinie 16.00 bosman otworzył drzwi i grzecznie przyjął mnie z dokumentami jachtu. Pokazał nam też dobrą miejscową knajpkę w głębi miasta – mapkę z narysowanym dojściem zachowam na następny raz – warto. Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się że kelnerka ani nikt z obsługi nie rozumie angielskiego i nie potrafi nam wytłumaczyć co to jest „ryba dnia” na którą wszyscy mieliśmy ochotę. Jurek więc niewiele myśląc poszedł do kuchni, zaglądnął kucharzowi w gary i wrócił oświadczając że co prawda nie wie co to za ryba, ale wygląda smakowicie.

Umyci, najedzeni poprawiwszy sobie humory kilkoma kufelkami piwa poszliśmy na jacht spać.

Dzień 3

Rano – zaskoczenie – jacht i pomost są o jakieś 1,5 m wyżej w stosunku do brzegu. Zupełnie zapomniałam, że to wody pływowe. Ciekawe jak to wygląda na wodzie gdzie skok pływu ma kilka metrów??

Tego dnia postanowiliśmy trochę się poopalać, więc poszliśmy na plażę, zeszliśmy po schodach i oczywiście ściągnęliśmy buty przed wejściem na piasek. Po kilku krokach zrozumieliśmy swój błąd – czarny piasek straszliwie się nagrzewa od słońca, a o godzinie 11.00 było już blisko 30*C. Założyliśmy znowu buty, poszliśmy na brzeg oceanu, rozłożyliśmy ręczniczki i trochę się poopalaliśmy , ale nie za długo bo było gorąco nie do wytrzymania. Adrian oczywiście wszedł do wody się wykąpać, ja zostałam na brzegu - przecież tam mogą być rekiny !!

Znudziło nam się plażowanie, więc zrobiliśmy głosowanie i postanowiliśmy płynąć dalej - tym razem naszym celem było Santa Cruz de Tenerife. Nauczeni doświadczeniem dnia poprzedniego, wiedzieliśmy, że opuścić marinę musimy przed 14.00 bo inaczej utkniemy tu jeszcze na dwie kolejne godziny, wiec się sprężaliśmy. Przez kilka godzin mieliśmy przepiękny widok na linie brzegową Gran Canarii a potem już tylko ocean. Stan morza utrzymywał się w granicach 6-7 więc pozostało tylko nabrać wysokości i liczyć się z kolejnym nocnym pływaniem.


Dzień 4

Do Santa Cruz dotarliśmy ok. 5.00 rano, na pomoście czekał już bosman, który pokazał nam gdzie się zatrzymać i dał nam kluczyk do łazienki. O godz.8.00 poszłam do otwartego już biura załatwić formalności i mocno się zdziwiłam bo, musiałam napisać cała listę załogi łącznie z adresami domowymi i telefonami. Dobrze że było nas 4 osoby. Do tego musiałam pani nieomal przepisać dokumenty rejestracyjne jachtu na ich formularze, łącznie z adresem i telefonem do właściciela i biura. Oczywiście za chwilę pani zrobiła ksero wszystkich dokumentów, ale już się nie zastanawiałam nad sensem tego wszystkiego – bo dzisiejszy dzień miała być dniem lenistwa. Ja z Adrianem postanowiliśmy pojechać oglądnąć Loro Parque.

Wsiedliśmy do autobusu (są tu tylko jedne państwowe linie autobusowe, a kupując bilet na kilka przejazdów można sporo zaoszczędzić, najlepiej zapytać o taki bilet w informacji) i pojechaliśmy do Puerto de la Cruz. Tutaj idąc chodnikiem wzdłuż wybrzeża mieliśmy okazję podziwiać czarne plaże przy domach wczasowych w całej okazałości.

Wejście do Loro Parque prowadzi przez tajską wioskę. Ponoć budynki zostały skonstruowane w Tajlandii , przeniesione w elementach na Teneryfę i ponownie zmontowane przez tajskich rzemieślników. Na pewno warto zobaczyć akwarium z rekinami w którym idzie się szklanym tunelem a rekiny pływają dookoła - brrr.
Warto zobaczyć ogród z orchideami i oczywiście pokazy orek (siadanie w pierwszych rzędach na pewno skończy się opryskaniem wodą ) , delfinów, fok i papug. Naprawdę mieliśmy co robić przez cały dzień i nawet kilka razy słyszeliśmy polski język.


Dzień 5

O godzinie 8.00 rano wypłynęliśmy dalej, tym razem chcieliśmy zobaczyć jak wygląda turystyczna część wyspy Teneryfa wybraliśmy więc za cel port Los Cristianos. Słońce jak zwykle mocno grzało, wiatr był pomyślny – czekał nas cały dzień żeglowania. Z tym słońcem na Wyspach Kanaryjskich, niestety jest tak, że kiedy się zejdzie na ląd jest gorąco 28 – 30 stopni, ale na wodzie gdzie cały czas wieje nie czuć tego, jest nawet zimno, więc dobry sztormiak jest bardzo przydatny.

Południowa część Teneryfy to jeden wielki plac budowy i hotel na hotelu, co zresztą widać na zdjęciach. Niezapomniany widok to ocean i jego kolor - w życiu nie widziałam tak głębokiego błękitu. Może zdjęcia nie oddają tego w pełni, ale to tylko argument żeby się tam jeszcze raz wybrać. Dzień upłynął nam cudownie, większość czasu płynęliśmy baksztagiem, potem półwiatrem i podziwialiśmy widoki. Kolejny dzień liczyliśmy, że może gdzieś zobaczymy delfiny, ale niestety nie udało się.

Gdy dopłynęliśmy wieczorem do Los Cristianos, przywitał nas gwar nadmorskiego kurortu, ruszyliśmy na podbój restauracji od których się roi wzdłuż całego wybrzeża, spotkaliśmy nawet Elvisa odjeżdżającego po koncercie, na szczęście w następnej restauracji grał kolejny Elvis i mieliśmy okazje zjeść kolacje przy dźwiękach nieśmiertelnych przebojów.


Dzień 6

Z samego rana ruszyliśmy w kierunku kolejnej wyspy – Gomery, naszym celem było San Sebastian. Tym razem po raz pierwszy wiatr nam nie dopisał, wcale go nie było, cala drogę pokonaliśmy na silniku. Ale było coś co nam wynagrodziło tą niewygodę – najpierw zobaczyliśmy jakieś dziwne uprawy na oceanie, nie wiemy dokładnie co to było, ale możliwe że poprzedniego dnia jedliśmy to na kolację – a potem nareszcie pokazały się delfiny. Nie zdążyliśmy zrobić za dużo zdjęć, bo oczywiście w pierwszej chwili kiedy podpłynęły blisko do jachtu, każdy stał z otwartą buzią i się gapił, dopiero kiedy zaczęły odpływać pomyśleliśmy o aparacie.

Kiedy zbliżyliśmy się do wyspy uderzyły nas przepiękne kolory skał, od czerni, poprzez odcienie brązu do czerwieni. Zaraz po zacumowaniu i zrobieniu klaru na jachcie ruszyliśmy oglądnąć to wszystko z bliska. San Sebastian jest też nazywane miastem balkonów i rzeczywiście nie ma tam prawie budynku, który nie miałby większego lub mniejszego balkonu. Oczywiście nie omieszkaliśmy wejść do miejscowej restauracji na świeżą rybę i ustaliliśmy, że dnia następnego rano wynajmiemy samochód i ruszymy na zwiedzanie wyspy. Ceny w wypożyczalniach nie są wygórowane i jest to bardzo wygodny sposób zwiedzania parku. Park Narodowy Garajonar warto zobaczyć – tak mógł wyglądać las śródziemnomorski przed nastaniem epoki lodowcowej.


Dzień 7

Ten dzień miał nam minąć szybko na zwiedzeniu parku i odprowadzeniu jachtu do portu z którego ruszaliśmy.

Zapakowaliśmy się wszyscy do białego Seata i ruszyliśmy na podbój wyspy. Park robi ogromne wrażenie, szczególnie ciągle przepływające mgły i ogromna ilość roślin w barwach soczystej zieleni. Niesamowite wrażenie robią zwisające z gałęzi bladozielone mchy tworzące długie brody.

Z twardym postanowieniem, że trzeba tu kiedyś wrócić i poświęcić cały dzień na przejście wyspy odcumowaliśmy jacht i ruszyliśmy w drogę powrotną na Teneryfę. Tym razem dla odmiany Neptun chyba postanowił wynagrodzić nam wczorajszy brak wiatru i potraktował nas 9*B. Widok oceanu był niesamowity, ogromne fale, mgła zwiewana ze szczytów fal, fale przelewające się momentami przez pokład. Zdjęć nie robiliśmy, bo każdy miał co robić na pokładzie. Grota zrzuciliśmy jak tylko wiatr zaczął się wzmagać, i płynęliśmy na samej gieni. Prędkość jachtu jaką wtedy zanotowaliśmy to 15w. Po przeszło 3 godzinach wiatr zelżał i mogliśmy wypić ciepłą herbatę, sprawdzić czy nie powstały żadne szkody na pokładzie i z ciężkimi sercami płynąć dalej. W końcu jutro rano rozjeżdżaliśmy się do domów.


Wiem jedno – zostały mi 3 wyspy do oglądnięcia więc na pewno kiedyś tutaj wrócę, tym razem na 2 tygodnie !

12 sierpień 2008

Zdjęcia z Rolex Middle Sea Race Valletta

Zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony regat, fotki naprawdę warto obejrzeć - wiało całkiem nieźle !!!






Zdjęcia zrobione przez zawodowców fotografi żeglarskiej i zarówno etatowych fotografów Rolexa - Carlo Borlenghi i Kurt Arrigo . Regady rozgrywane były na wodach Malty w lipcu 2008 - Rolex Middle Sea Race Valletta 2008.

Klikając poniżej przejdziemy na stronę albumu zdjęć :)

Rolex Mildde Sea Race 2007 Carlo Borlenghi, Kurt Arrigo

14 lipiec 2008

Superyacht Cup Palma 2008

St. Barth's Bucket 2008

To są jachty:)


12 lipiec 2008

Chorwacja 2008 - część 4

Następnego dnia (czwartek) czeka nas droga na wyspę Hvar przedostatni przystanek naszej podróży. Z samego rana mamy dosłownie pół godzinki na szybkie zwiedzenie tutejszego starego miasta ,położonego na jednym z cypelków wyspy.
Komiza naprawdę robi wrażenie , bardzo mi się spodobało to miasteczko i ten port , szkoda że tak mało czasu mieliśmy na obejrzenie miasteczka :( no ale jeszcze tam wrócę i to napewno na cały dzień , tak żeby wieczorkiem posiedzieć sobie w tych fajnych miejscoiwych knajpkach .
widok na stare miasto Komizy
Marina
nasza bawara 36 i Piotrek obmyslający strategię na dzisiejszy dzień:)
Wypływamy z Komizy o 10,00 ,dzisiejszy dzień należy do Piotrka , który obejmuje na dzisiejszy dzień skipering naszego jachtu, Geo zamienia się w załoganta:) .
Piotrek ma za zadanie doprowadzić nas do nastepnego celu czyli port Hvar na wyspie o tej samej nazwie. Warunki mamy sprzyjające i poczatek drogi pokonujemy na żagielkach robiac jakieś 3nm na godzinę.

Około 15 wiatr całkowicie siada i dalszą drogę pokonujemy na silniku płynąc wzdłuż wyspy.
Do Hvaru wpływamy jeszcze za dnia gdzieś około 19 , w porcie jest możliwość zatrzymania się w marinie z której do miasteczka trzeba trochę iść , można też stanąć na kotwicy i podpływać do brzegu pontonem . Nam się udało znaleźć miejsce przy samym nadbrzeżu miejskim, dosłownie 10m od najbliższej knajpy:).
Po przycumowaniu mieliśmy trochę czasu dla siebie,można było sobie pospacerować , w mieście był akurat jakiś festyn i było bardzo tłoczno na miejskiej promenadzie. Nad miastem góruje efektownie oświetlona twierdza, bardzo ładny widok musi się rozciągać z góry, z uwagi na to że zrobiło się ciemno darowałem sobie wspinanie na górę :)Mamy już Patek , ostatni dzień żeglowania po Chorwackich wodach :( .
Na pocieszenie wreszcie wieje , mamy porządne przechyły i osiągamy prędkości 6,5-7,3 jest naprawdę fajnie!

W południe podpływamy do wyspy Brac i decydujemy się na zatrzymanie w porcie Milna . Cumujemy przy nadbrzeżu miejskim, dosłownie 2m od stoliczka z piwkiem :) to lubie:)To nasz ostatni juz przystanek, na wieczór mamy dotrzeć do Kasteli. Dwie kolejeczki piwka, ostatnie zakupy w miejscowym markecie na wieczorną imprezkę pożegnalną i wracamy na pokład. Po wypłynieciu robimy jeszcze postój na kotwicy wmalowniczej zatoczce gdzie pierwszy raz wskakuje do wody ,która ma 17stopni :) .Woda jest wibitnie zimna jak na tę porę roku, ale być nad morzem i się nie wykąpać?Udaje sie jeszcze ze trzy godzinki płynąć na żagielkach zbliżając się do Splitu .Wiaterek siada ,odpalamy motorek i grzejemy do portu w Splicie zrobić rundę po porcie.Po zobaczeniu nadbrzeża portowego Slitu wypływamy spowrotem i grzejemy juz do końca na silniku w stronę Kasteli. Mijamy bardzo ciekawy statek z jachtami na pokładziehymm komuś przywieźli zabawki :).
O 21 jesteśmy na miejscu. Pozostaje się spakować i przygotować do imprezy pożegnalnej.
W sobotę o 10 przekazujemy jacht nastepnej załodze i kończymy rejs - to już koniec naszej przygody , czas się pozegnać i wsiadam ze Zdzichem i Geo w auto i wracamy do domu .

Podsumowanie

Podczas sześciu dni naszej podróży pokonaliśmy 256nm płynąc 112godzin, czyli jak na tygodniowy rejs to całkiem sporo . Odwiedziliśmy w kolejności chronologicznej następujące miejsca :
Kastela , Komiza , Grota , Dubrownik , Sobra , Korcula , Hvar , Milna , Split .
Trasa jest naniesiona na ponizszą mapkę.

13 czerwiec 2008

Giraglia Rolex Cup

Podczas 56 edycji Rolex Cup Giraglia Race ,100stopowy jacht Alfa Romeo pobił rekord 243milowej trasy St. Tropez - Giraglia- Genua

Alfa Romeo przecięła linię mety w Genui po 18 godzinach i 3 minutach .
Start regat nastąpił z St. Tropez, a obowiązkowym punktem na trasie była legendarna skała z latarnią morską Giraglia na północy Korsyki. Alfa Romeo pobiła własny rekord z poprzedniej edycji ustanowiony 90stopowym jachtem.





Tutaj możecie obejrzeć więcej znakomitych zdjęć z tej imprezy. wszystkie zdjęcia pochodzą z witryny organizatora regat ROLEX .
Giraglia Rolex Cup St.Tropez Genoa

28 maj 2008

Chorwacja 2008 - część 3

Następny dzień (środa) był dniem delikatnie mówiąc WIELKIEJ MOJEJ WPADKI :).
Wstajemy rano o 8 jak umówiliśmy się dzień prędzej , tak żeby zdążyć na wieczór do naszego kolejnego portu , którym ma być Korcula na wyspie o tej samej nazwie.
Pierwsze co usłyszałem z samego rana ,zaraz po opuszczeniu kajuty to że trzeba uzupełnić wodę w zbiornikach bo się kończy. Biorę sie do roboty, idę na zewnątrz na keje, gdzie troszkę pada deszczyk , odkręcam koreczek i leje wodę do zbiorniczka ziewając i przecierając oczy z porannego letargu.
Po pewnej chwili czuje znajomą woń ropy, myślę sobie co tak śmierdzi? czy tak wali woda w porcie ??? ułamek sekundy potem już wiem - tankuje bak naszego dizelka volvo penta, zamiast zbiorniki z wodą !!!. Moje szybkie szarpniecie za wąż już nic nie daje, mamy około 60l wody w 200l zbiorniku dizla.
Oczywiście jestem już obudzony nawet kawa jest już nie potrzebna:)
No to teraz będzie się działo!!! ,muszę jakoś poinformować o moim wyczynie kapitana. Reszta załogi siedzi w mesie i jeszcze o niczym nie wie.
Wchodzę do mesy siadam sobie na schodkach i mówię "Geo strasznie narozrabiałem" oczy wszystkich skierowane są w jednej chwili na mnie, zapada cisza , każdy pewnie myśli - co takiego mogło sie stać ?:)
Powiem szczerze że byłem bardzo zdziwiony a zarazem ucieszony reakcją Geografa na zaistniałą sytuację - przyjął wszystko ze spokojem.
Na początku były zaraz czarne scenariusze, (że trzeba wołać pomoc z zewnątrz do wypompowania paliwa , pewnie będzie to kosztować masę pieniędzy i czasu stracimy cały dzień itp.)
Całe szczęście człowiek ma troszkę doświadczenia w sprawach samochodowych i po paru minutach zastanowienia plan ratunkowy jest ułożony :)Najpierw spokojnie jemy śniadanie , następnie wszyscy którzy nie są potrzebni idą na spacer , tak żeby było miejsce na jachcie do przeprowadzenia operacji ROPA :)Po wyniesieniu wszystkiego z tylnej kajuty i odsłonięciu zbiornika było wszystko wiadomo, sprawa jest prosta:) , wszystkie węże zasilające motor są na wierzchu i można spokojnie korzystając z podłączenia ssaka wypompować zatankowaną wodę na ląd , która już zdążyła się oddzielić od dizla i osiąść na dnie zbiornika. Te kilka metrów węża potrzebnych do przepompowania wody odciąłem od naszego węża do wody :) w tym czasie Geo ze Zdzichem udali się do pobliskich warsztatów w poszukiwaniu jakiejś pompki, i na całe szczęście udało się załatwić ręczna pompę do odsysania oleju z silnika , która idealnie nadawała sie do mojego planu. Kanistry w które by można było zlać brudna wodę były na łodzi więc pozostało tylko połączyć wszystko w całość i sprawdzić na własne oczy czy czy uda się odpompować samą wodę bez ropy :) Kilka ruchów tłokiem pompy w celu wywołania podciśnienia wystarczyło aby zbiornik na olej zaczął sie napełniać - tylko pozostało pytanie czym ? :) Chwilę później już było wszystko wiadomo, plan wypalił i ściągamy samą wodę :) jest git i wiadomo że za godzinę możemy wypływać, kamień spada mi z serca i jestem szczęśliwy że obejdzie się bez kosztów:)
Odpompowałem idealnie 60l wody i jeszcze dla pewności pierwsze 10l dizla. Operacja zakończona sukcesem , można odpływać z Dubrownika!!! :).
Dla sprostowania postaram się wyjaśnić osobą które czytają to ,a nie miały kontaktu z jachtami że moja pomyłka z wlewami nastąpiła dlatego iż korki są umieszczone na rufie , od wody z jednej strony burty i od dizla z drugiej .Korki wyglądają z daleka identycznie są poniklowane i trzeba sie przyjrzeć napisowi na korku- waser, dizel :) no i po odkręceniu korka od dizla ukazuje się jeszcze mały napis pod korkiem "dziel" , uważam ze tak jak na większości czarterowych jachtów powinien być jeszcze duży napis dizel nad korkiem. Wtedy pierwszy raz na tym jachcie miałem uzupełnić zbiorniki z wodą i zasugerowałem się chyba tym że wlew od wody powinien być obok zaworu wodnego od prysznica pokładowego :) niestety było na odwrót.
Po drodze podpływamy do wodnej stacji benzynowej i na wszelki wypadek uzupełniamy do pełna bak paliwa - oczywiście już teraz tym co ma być :).
Wypływamy obierając kierunek na wyspę Korcula, wiatr nam sprzyja , stawiamy żagle i przez najbliższe parę godzin płyniemy na żaglach śmiejąc się z porannych wydarzeń - wreszcie mogę sobie strzelić piwko :)
Po drodze wpływamy na chwilkę w celu zobaczenia, do maleńkiej zatoki na wyspie Mliet gdzie znajduje się maleńkie miasteczko Sobra otoczone górami.Jest tutaj również mała marina na kilka jachtów. Kto wie, może kolejnym razem będąc kiedyś w Chorwacji zatrzymam sie tam na postój ,jest to bardzo przytulne miejsce- polecam.
Robimy rundę po porcie i wypływamy żeby nie tracić czasu , po porannych przygodach i tak jesteśmy trzy godziny do tyłu ,a przed nami jeszcze długa droga do Korculi gdzie mamy dopłynąć gdzieś na drugą w nocy.
Dalszą drogę pokonujemy na silniku - wiatr znowu wieje od dziobu :(.
Płyniemy wprost na zachodzące słońce i możemy podziwiać cudowny zachód słońca.
Dzień szybko przeistoczył sie w noc i część naszej załogi że tak powiem odpadło i poszło spać , na pokładzie zostaliśmy we trójkę Aga Piotrek i Ja , no i oczywiście pod pokładem przy kompie czuwał Geo :)
Podczas podchodzenia do Portu w Korculi przeżyliśmy kolejne doświadczenie i mogliśmy się przekonać na własnej skórze jak niebezpieczne mogą być miejscowe promy - pojawiające się z nikąd :) trzy osoby na pokładzie i czasami wychodzacy Geo ,a zbliżający się prom zobaczyliśmy dopiero jak był już jakieś trzy kable od nas na godzinie 5 i idealnie płyną na nas:) tu sie pochwale że byłem najczujniejszy , ale akurat to ja prowadziłem jacht.
Parę minut później przycumowaliśmy do nadbrzeży Korculi w bardzo ładnej marinie i postanowiliśmy jeszcze uczcić ten długi pełen wrażeń dzień paroma kieliszkami wody ognistej :).
cdn.